04/23/12

Wiara i tęcza

Byłam kilka dni temu na organizowanym przez Wiarę i Tęczę spotkaniu, a zasadzie prelekcji dr Jerzego Krzyszpienia, anglisty z UJ. O dr. Krzyszpieniu czytałam kiedyś artykuł w Replice, który niezwykle mnie zainteresował, głównie dlatego, że dotyczył kwestii języka i tego, w jaki sposób determinuje on naszą rzeczywistość.  Poruszana była też kwestia tego, dlaczego nie chcemy tolerancji, ale równości. (Dzisiaj dr Krzyszpień też się na ten temat  wypowiadał, choć raczej krótko i węzłowato.)

Temat owej prelekcji był inny: „Prawa człowieka lesbijek, gejów, ludzi biseksualnych i transpłciowych (LGBT) a chrześcijaństwo: Refleksje z podróży do USA i Kanady w lutym 2012 r.” Logiczne, skoro spotkanie było Wiary i Tęczy. (A Wiara i Tęcza, wyjaśniam, bo sama dopiero niedawno się z ich istnieniem zapoznałam, to organizacja skupiająca tych z nas, ze społeczności lgbt, którzy nie chcą rezygnować ze swojej religii i starają się pogodzić swoją orientację seksualną czy tożsamość płciową z wiarą.)

Ogólnie rzecz biorąc dowiedziałam się kilku nowych rzeczy, no i spotkałam przemiłych, przesympatycznych ludzi. Tak miłych, że to było aż niepokojące – ja niestety mam tendencję do reagowania na zasadzie „on jest dla mnie za miły, na pewno czegoś ode mnie chce!” Najwyraźniej jednak ci niczego nie chcieli. Miło mi się z nimi rozmawiało i mam nadzieję, że w przyszłości uda się nam (to jest Fundacji „Pryzmat Różnorodności”) nawiązać z nimi współpracę.

A sam wykład, cóż. Miałam wysokie oczekiwania względem dr. Krzyszpienia i z przykrością muszę stwierdzić, że się zawiodłam. Na samym początku stwierdził on, że na pewno będzie ciekawie, skoro on mówi. No cóż, może jakoś bardzo nudno nie było, ale z pewnością mogło być lepiej. Po pierwsze – mniej czytania, więcej mówienia. Dr Krzyszpień jest wykładowcą, powinien doskonale o tym wiedzieć, a jednak popełnił ten błąd. Tym bardziej, że mówił w dużej mierze o rzeczach, o których już wiedziałam. Czytanie na głos wystąpienia Hilary Clinton to też nie był najlepszy pomysł. Jasne, przemowa była śliczna i inspirująca, ale może niekoniecznie powinno się ją czytać z kartki. (Tym bardziej, że kiedy czyta, dr Krzyszpień ma dosyć irytującą manierę akcentowania słów w dziwnych miejscach.)

Druga część wystąpienia dr. Krzyszpienia (po tym, jak dostał laurkę i prezent, i tort ze świeczkami do zdmuchnięcia – okazało się, że to były jego urodziny) była zdecydowanie ciekawsza. Pokazywał zdjęcia i filmiki ze swojej podróży do NYC, Toronto i San Francisco, opowiadając jednocześnie co nieco o tym, jak wyglądają kościoły różnych wyznań w Północnej Ameryce i jak wygląda sprawa z ich akceptacją czy inkluzywnością wobec ludzi lgbt. Okazuje się, że wcale źle nie wygląda, chociaż niektóre rzeczy mnie trochę… hm, zaniepokoiły, z braku lepszego określenia. Nie w sensie globalnym, ale personalnym – na przykład w jednym z kościołów w Toronto, których przebieg komunii św. pokazywał dr Krzyszpień na filmiku, pary (hetero i homo) podchodziły do rozdających komunię (to raczej nie byli pastorzy, raczej pomocnicy, ale niestety moja wiedza nie jest dostateczna, by powiedzieć dokładnie), by przyjąć ją w dwóch formach (przy czym, jak powiedział dr Krzyszpień, opłatek maczany jest w soku gronowym, ze względu na alkoholików). I wszystko byłoby okej, gdyby nie to, że tradycja tam nakazuje tymże rozdającym dotknąć, niemal objąć przyjmujących za ramię. Ja z moją fobią dotykową, z którą walczę dzielnie i codziennie odnoszę drobne sukcesy (co wcale nie sprawia, że jest dużo łatwiej), po pierwszym razie przestałabym pewnie chodzić do komunii, tylko po to, żeby przypadkiem tego nie doświadczyć.

 Ale tak ogólnie to ciekawa byłam, jak członkowie Wiary i Tęczy widzą zaangażowanie ludzi lgbt w Kościół i kwestię pogodzenia wiary katolickiej z nieheteronormatywnością. Nie dowiedziałam się, bo to nie był czas ani miejsce po temu, musiałabym chyba złapać któregoś z nich prywatnie, coby mi wytłumaczyli. Bo ja jakoś tego nie mogę pogodzić. Zostały mi w głowie echa tego, co powiedział kiedyś Leszek, wtedy już po kilku piwach, ale wciąż i jak zwykle, inteligentnie: bo z religią to trzeba va banque, albo się ją bierze w całości, albo w ogóle. To dlatego ja już nie określam się jako katoliczka, ale chrześcijanka, a wręcz teistka. Tak, owszem, wierzę w Boga i modlę się do Niego co wieczór, zwracam się do Niego często. Ale na Mszę chodzę już tylko wtedy, gdy mnie mama poprosi (nie chcę jej sprawiać przykrości, więc idę z nią, ale sa momenty, kiedy przestaję w Mszy uczestniczyć, np. podczas credo nie wymawiam słów „wierzę w Kościół powszechny”. Zbyt wiele razy miałam ochotę wstać i wyjść podczas kazania, a kilka razy to właśnie zrobiłam. Nie zgadzam się z Kościołem – nie tylko w kwestii seksualności człowieka, w wielu innych, całkiem kluczowych sprawach też np. nie wierzę w nieomylność papieża). To jednak bardzo skomplikowane i może niekoniecznie do ogarnięcia w jednym wpisie, szczególnie że ten już jest dosyć długi.

Tak czy inaczej cieszę się, że na spotkanie poszłam. I mam nadzieję, że uda nam się z Wiarą i Tęczą współpracować.

04/18/12

Tęczowo!

…czyli ręcznie robiona bransoletka, którą dostałam od Jod na urodziny :)

(Choć do moich urodzin jeszcze prawie tydzień.)

04/17/12

Zbieram zabawki i idę do domu.

Emocje powoli opadają, ale niedawna awantura w moim środowisku zostawiła po sobie niesmak i tragiczny w skutkach podział na „my” i „oni”. Choć tak naprawdę podział ten istniał już znacznie wcześniej, tylko nikt o nim głośno nie mówił.

Ale zacznijmy od początku. Rzecz dotyczy Forum Literackiego Mirriel, czyli „mojego” miejsca w Internecie. Siedzę sobie tam od ponad ośmiu lat, a że mam niecałe dwadzieścia trzy, to znaczy to, że spędziłam tam kawał mojego życia. Większość moich obecnych przyjaciół i znajomych poznałam właśnie na tymże Forum Mirriel. I nie, wcale nie przesadzam – wystarczy może wspomnieć, że moja współlokatorka tudzież dwie inne bliskie przyjaciółki stąd, czyli z Krakowa, znam dzięki Forum. Tak to już w moim świecie jest, że najpierw spotykam kogoś wirtualnie, a potem, o ile dopisze nam szczęście, przenoszę znajomość do tak zwanego „real life’a”.

Rozumiecie więc, że mam do forum sentyment. Bez żadnych wątpliwości – wychowałam się na tym forum. Wiele z moich obecnych poglądów, wizji świata, wartości, które wyznaję, pochodzi stamtąd, z wymiany opinii i braniu przykładu z tych, których podziwiałam. A że to forum literackie o – jak na Internet – bardzo wysokim poziomie, to sami rozumiecie.

Tak czy inaczej, w tym właśnie „moim” miejscu jakiś czas temu doszło do pewnego rozłamu. Część użytkowników zabrała swoje zabawki i przeniosła się na Multifandom, na livejournal. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że źródło rozłamu zostało i narastało, narastało, aż w końcu zrobiło BACH i wszystko poszło w pizdu.

Najpierw pożarły się moderatorki. Poszło o avatar, który ponoć mógł obrażać uczucia religijne (mnie nie obrażał, a nawet nie zniesmaczał, ale doskonale rozumiem, że ktoś mógł się poczuć dotknięty – pytanie, na ile czyjeś potencjalne emocje mają dyktować politykę administracji forumowej…) ale bardzo szybko sprawa została rozbuchana i wyszło na to, że starły się ze sobą dwie wizje świata, bo nawet nie mogę tego nazwać różnicami ideologicznymi. Dyskusja zrobiła się bardzo nieprzyjemna, obie strony powiedziały o parę słów za dużo. Dla wygody użyję terminologii ukradniętej od Jod: załóżmy więc, że w sporze udział biorą Umiarkowani i Radykałowie. Bardzo szybko Umiarkowani zostali zepchnięci do defensywy, natomiast retoryka Radykałów (czy raczej Radykałki, bo jeszcze wtedy samotnie broniła pola) od samego początku była ostra i ofensywna, bardzo roszczeniowa. Ton wypowiedzi owej reprezentantki Radykałów bardzo, ale to bardzo mi się nie podobał, ale jestem w stanie zrozumieć, że emocje w dyskusji mogą nas czasem ponieść za daleko. Poniosły. Na tym mogłoby się pewnie jednak skończyć, gdyby nie to, że siła wyższa, czyli adminka, postanowiła się wtrącić.

Ideologiczny konflikt to jedna rzecz. To, można by rzec, prywata. Ale w momencie, gdy z powodu tego konfliktu – który, jak przypominam, narastał od pewnego czasu, a więc ostatnia dyskusja była tylko kroplą, która przepełniła czarę – trzy najbardziej aktywne, zaangażowane moderatorki nagle zostają wyrzucone, poinformowane post factum, i to jeszcze z żałosnym, bezczelnym wyjaśnieniem, które nijak się ma do rzeczywistości – no to coś jest zdecydowanie nie tak. Po tym, jak afera wyszła na światło dzienne, to właśnie fakt wyrzucenia tychże trzech moderatorek w tak bezceremonialny, niewdzięczny sposób, wywołał największe oburzenie. Oczywiście, dyskutowano, czy avatar – źródło problemu – obraża czy nie obraża, ale oczywiście do żadnych wniosków nie doszło, trochę to takie gadanie po próżnicy, bo i tak wiadomo, że góra zrobi, co będzie chciała. Ale jednogłośnie skrytykowano to posunięcie administracji, czyli wyrzucenie trzech Umiarkowanych z modertorstwa. Tym bardziej, że były one faktycznie najbardziej zaangażowane w rozbudowę i funkcjonowanie forum, nie tylko utrzymywały porządek, ale organizowały konkursy, zarywały noce, by wywieszać pojedynki literackie, snuły plany i tworzyły portal, który miał być dołączony do Mirriel. Były widoczne, użytkownicy im ufali. Nikt się na nie nie skarżył. I nagle wykopano je, na do widzenia jeszcze wymierzając policzek, bo tak właśnie odebrałam owe wyjaśnienie post factum. W składzie moderatorskim zostały te osoby, które na forum pojawiały się przelotem. Dodano im do pomocy trzy nowe osoby, którym i ja, i wszyscy komentujący całą aferę życzą powodzenia, ale jednak trzy zupełnie nowe, niedoświadczone osoby. Zostały z rozgrzebanymi konkursami, pomysłami i w środku masowego exodusu dobrych autorów i komentatorów, bo oczywiście po takim czymś wielu ludzi stwierdziło, że wcale nie chcą już siedzieć na Mirriel, wolą poszukać sobie innego miejsca. I to miejsce sami stworzą.

A mnie jest szkoda, bo Mirriel to osiem lat mojego życia. Jednak z drugiej strony sama już nie czuję się tam dobrze.

Jednak tym, co mnie najbardziej zirytowało w całej tej aferze to nawet nie ton wypowiedzi Radykałów, nie wyrzucenie dobrych modów, tylko potworna, wrzeszcząca hipokryzja. Nienawidzę hipokryzji.

Reprezentantka Radykałów zarzuciła modom, że Mirriel to forum homofobiczne. Że pojawiają się komentarze i słowa w rodzaju „pedał”, „sodomita” i tym podobne. Że nie cenzuruje się wypowiedzi homofobicznych, a próbuje się cenzurować ikonkę, która nikogo nie atakuje. (Na ikonce był napis „Every time you see a rainbow, God is having gay sex”, sami oceńcie, czy ten tekst jest właściwy na forum literackim.) I ja nawet przyznaję Jej rację. Nie, nie powinniśmy dawać przyzwolenia na homofobię, na jakiekolwiek jej przejawy. Tak, ja tępię homofobię nawet w żartach. Słowa są ważne i to, jak ich używamy, w takim samym stopniu determinuje naszą rzeczywistość, w jakim rzeczywistość determinuje słowa. Nie, nikomu nie powinniśmy pozwalać poniżać innego człowieka, czy to ze względu na jego seksualność, czy kolor skóry, czy pochodzenie, czy płeć, czy jakikolwiek inny aspekt. Nie możemy po prostu żyć obok siebie, koegzystować, wymieniać się ideami i nie próbować zmieniać się na siłę i mierzyć wszystkich naokoło własną miarą? Tolerancja to nie to samo, co akceptacja, nie musisz się zgadzać z moimi życiowymi wyborami, ale musisz pozwolić mi żyć tak, jak tego chcę, bo dopóki nikogo innego tym nie krzywdzę, to jest to moja i tylko i wyłącznie moja sprawa. Tylko że tolerancja musi iść w obie strony. Czy fakt, że część katolików dyskryminuje mnie ze względu na moją seksualność daje mi prawo do dyskryminowania wszystkich katolików – a nawet tylko tej części, która mnie dyskryminuje? Nie popadajmy w błędne koło. Skoro jesteśmy ludźmi inteligentnymi, cywilizowanymi, skoro ogłaszamy się społecznie uświadomionymi, skoro żądamy równości i tolerancji, to chyba sami powinniśmy dawać świecący przykład. Tolerować inne poglądy, inne wizje. Musimy wznieść się nawet ponad ich dyskryminację względem nas, nie możemy usprawiedliwiać się jak dzieci, „on zaczął, psze pani, ja mu tylko oddałem!” Jaki jest w tym sens? Bądźmy dorośli.

Dyskryminacji w żadnej postaci nie powinno się akceptować. Dlatego jeśli ja na forum widzę komentarz, który w moim odczuciu jest dyskryminujący albo obraźliwy, klikam „zgłoś post” i od moderatorów oczekuję, że coś z tym zrobią – a jeśli nie, to wyjaśnią mi, dlaczego. Zdaję sobie przecież sprawę, że moderatorzy to też ludzie i mają swoje obowiązki, nikt im za zajmowanie się forum nie płaci. Mogli posta nie zauważyć, czy też – jak przyznała M. – ich wrażliwość może być niższa niż moja. Tylko że wtedy ja nie idę z płaczem na bloga i nie narzekam, jakie to forum Mirriel jest złe i homofobiczne, bo pojawił się ktoś, kto mnie zranił. Nie, ja wtedy działam.

A A., czyli reprezentantka Radykałów, była i jest moderatorką. Ona ma guziczki, ma możliwość wycięcia takich komentarzy, udzielenia użytkownikowi nagany, zbanowania czy też wystąpienia do adminki, żeby delikwenta zbanowała. A. nie musi zgłaszać posta i czekać, aż któryś z modów będzie miał chwilę wolnego czasu. A. jest modem. Może kliknąć „usuń post” i tyle. Więc dlaczego tego nie zrobiła? Dlaczego nie działa w imię tej społeczności lgbt, którą, jak twierdzi, broni? W imię przeciwdziałania dyskryminacji? Zamiast wziąć się do pracy i zmienić to, co miała nie tylko możliwość, ale i prawo zmienić, bo przecież nikt jej nie bronił – A. zamiast tego zaczęła rzucać podejrzeniami o homofobię wobec tych moderatorek, które faktycznie na forum działały, i to sprawnie, podczas gdy ona przemykała jak duch, niewidoczna. Wszystko w jej zachowaniu wrzeszczy „HIPOKRYZJA”, a tego znieść nie mogę.

Jeszcze innym aspektem jest sama radykalizacja tego środowiska. Nie zrozumcie mnie źle, większość osób z tego tak zwanego „kwiatu lja” znałam i lubiłam, nadal lubię, albo lubiłabym, gdyby mi pozwoliły. (Nie uważam wcale, że jedna kłótnia, niezgodność poglądów, powinna od razu przekreślać lata znajomości. Wręcz przeciwnie.) Ale nie jestem ślepa, widzę, że zamknięcie we własnym gronie spowodowało u nich radykalizację poglądów i temu zaprzeczyć się nie da. To środowisko ultra feministyczne i skrajnie pro-lgbt. I znów, nie zrozumcie mnie źle. Ja sama siebie nazywam feministką (definicją może zajmę się kiedy indziej, ten wpis i tak jest już jakiejś niebotycznej długości), nie ulega też wątpliwości, że jestem pro-lgbt, skoro sama jestem biseksualistką, nie wspominając nawet już o tym, że działam w (wkrótce) Fundacji na rzecz lgbt. Tyle że sposób i ton, w jaki A. głosiła swoje poglądy podczas wiadomej dyskusji był taki, że nawet mnie odrzucił i zniesmaczył. Ja wcale nie chcę, żeby mnie ktoś w taki sposób bronił. Ja działam przeciw dyskryminacji, każdej dyskryminacji, także tej, która rodzi się czasem w środowisku lgbt przeciw osobom wierzący czy heterykom. Jak pisałam wyżej, tolerancja musi iść w obie strony. A. w ferworze bronienia między innymi mnie przeciw dyskryminacji zaczęła dyskryminować inną grupę, a na to przyzwolenia nie daję i takiej obrony sobie nie życzę. Świetnie podsumował to Ryuuga w swoim komentarzu na Mirriel. „Mam wrażenie, że ludzie będą mnie postrzegali – dzięki kochanej Moderacji – jako jakąś świętą krowę, której wolno więcej, bo jest LGBT (i to podwójnie!)”, napisał między innymi. I pod tym – jak pod całym komentarzem – mogę podpisać się wszystkimi czterema kończynami.

Tak więc, podsumowując, mimo że w pewnym stopniu zgadzam się z A., że owszem, na forum pojawiały się czasem komentarze, które powinny być wycinane, i że to ważne, aby przeciwdziałać wszelkim przejawom dyskryminacji – jeśli mam się już koniecznie opowiadać po którejś ze stron, to zdecydowanie po stronie Umiarkowanych. Sposób i ton wypowiedzi A., jej rażąca hipokryzja oraz to, jak potraktowano trzy Umiarkowane moderatorki zniesmaczyły mnie i zraziły. I tak, ja też chyba ostatecznie poszukam sobie nowego miejsca. Sentymentalnie mi szkoda, ale z drugiej strony forum tworzą ludzie, a ci, do których mi najbliżej – chociaż wcale niekoniecznie ideologicznie! – odchodzą na nowe podwórko, a więc ja podreptam za nimi.

04/15/12

More tiger, less kitten.

Zdałam sobie ostatnio sprawę, że w sumie brakuje mi platformy, gdzie bym mogła powywnętrzniać się trochę – po polsku. Zgoda, pisanie w lengłydżu przychodzi mi z niejaką swobodą (aczkolwiek nie bezbłędnie, co to, to nie), ale jednak jest wiele spraw i rzeczy, o których pisanie na blogu angielskim większego sensu nie ma. Albo mi się zwyczajnie nie chce.

No i ostatnio tyle tego lengłydża używam, że należało by się zaangażować w coś w moim ojczystym. Miałam kiedyś już wordpressa po polsku, ale jakoś takoś nie bardzo mi się go chciało prowadzić, skoro miałam i angielskiego. A jeszcze wcześniej był livejournal. I mylog. I blog.pl. I jeszcze po drodze parę innych.

Zawsze byłam słowną ekshibicjonistką.

Oczywiście bloga w lengłydzu dalej zamierzam prowadzić w takim samym stopniu, jak dotąd, czyli w niewielkim, ale jednak trochę tak. Mam nadzieję, że fakt, że Arkadia powstała na moim własnym serwerze i poniekąd ma stanowić moją stronę osobistą, w jakimś stopniu będzie mnie kopało w motywację. Żeby jednak od czasu do czasu coś napisać, może nawet częściej niż rzadziej. Nie żebym się spodziewała, że ktoś te moje wypociny będzie czytać. A jeśli tak, będę przynajmniej mile zaskoczona.

Mam w każdym razie jedną zasadę, której chciałabym się tu trzymać: szczerość. Mam tendencję do zaciskania zębów i zmilczania różnych rzeczy, i mówienia tylko o tym, co dobre i fajne, a jeśli niedobre, to niedobre dla mnie lub we mnie. A czasem aż mnie język swędzi, żeby nagadać temu światu, skomentować te przemilczywane rzeczy w dokładnie takich słowach, w jakich o nich myślę.

Może z mniejszą ilością łaciny podwórkowej.

Postaram się więc pisać szczerze i od siebie, niech będzie, że to blog terapeutyczny, jeśli tak ma być. Stąd właśnie tytuł notki, sam w sobie zresztą cytat (temu, kto zgadnie skąd, stawiam piwo). More tiger, less kitten. To znaczy więcej szczerości, nawet jeśli ma być brutalna, mniej owijania w bawełnę i zmilczania nieprzyjemności. Terapeutycznie czy edukacyjnie, jeśli moje zdrowie psychiczne na tym dobrze wyjdzie, to już będzie sukces, a jeśli może przy okazji do kogoś trafię po drodze, to już w ogóle cód, miód i orzeszki. Albo ultramaryna, jak mawia mój ojciec.

A dla ciekawych, skąd się wzięła nazwa Arkadia – dawno, dawno temu na swoim serwerze założyłam byłam forum, które jednakowoż długo nie przetrwało. Forum zwało się właśnie Arkadia. Serwer i adres zostały, więc teraz wykorzystuję, a nazwa całkiem pasuje, mówiąc najogólniej. Taka moja mała mityczna Arkadia, kraina szczęśliwości, gdzie będę mogła odetchnąć i wygadać się, żeby z nową energią wejść z powrotem w życie. Ot tak.