Emocje powoli opadają, ale niedawna awantura w moim środowisku zostawiła po sobie niesmak i tragiczny w skutkach podział na „my” i „oni”. Choć tak naprawdę podział ten istniał już znacznie wcześniej, tylko nikt o nim głośno nie mówił.
Ale zacznijmy od początku. Rzecz dotyczy Forum Literackiego Mirriel, czyli „mojego” miejsca w Internecie. Siedzę sobie tam od ponad ośmiu lat, a że mam niecałe dwadzieścia trzy, to znaczy to, że spędziłam tam kawał mojego życia. Większość moich obecnych przyjaciół i znajomych poznałam właśnie na tymże Forum Mirriel. I nie, wcale nie przesadzam – wystarczy może wspomnieć, że moja współlokatorka tudzież dwie inne bliskie przyjaciółki stąd, czyli z Krakowa, znam dzięki Forum. Tak to już w moim świecie jest, że najpierw spotykam kogoś wirtualnie, a potem, o ile dopisze nam szczęście, przenoszę znajomość do tak zwanego „real life’a”.
Rozumiecie więc, że mam do forum sentyment. Bez żadnych wątpliwości – wychowałam się na tym forum. Wiele z moich obecnych poglądów, wizji świata, wartości, które wyznaję, pochodzi stamtąd, z wymiany opinii i braniu przykładu z tych, których podziwiałam. A że to forum literackie o – jak na Internet – bardzo wysokim poziomie, to sami rozumiecie.
Tak czy inaczej, w tym właśnie „moim” miejscu jakiś czas temu doszło do pewnego rozłamu. Część użytkowników zabrała swoje zabawki i przeniosła się na Multifandom, na livejournal. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że źródło rozłamu zostało i narastało, narastało, aż w końcu zrobiło BACH i wszystko poszło w pizdu.
Najpierw pożarły się moderatorki. Poszło o avatar, który ponoć mógł obrażać uczucia religijne (mnie nie obrażał, a nawet nie zniesmaczał, ale doskonale rozumiem, że ktoś mógł się poczuć dotknięty – pytanie, na ile czyjeś potencjalne emocje mają dyktować politykę administracji forumowej…) ale bardzo szybko sprawa została rozbuchana i wyszło na to, że starły się ze sobą dwie wizje świata, bo nawet nie mogę tego nazwać różnicami ideologicznymi. Dyskusja zrobiła się bardzo nieprzyjemna, obie strony powiedziały o parę słów za dużo. Dla wygody użyję terminologii ukradniętej od Jod: załóżmy więc, że w sporze udział biorą Umiarkowani i Radykałowie. Bardzo szybko Umiarkowani zostali zepchnięci do defensywy, natomiast retoryka Radykałów (czy raczej Radykałki, bo jeszcze wtedy samotnie broniła pola) od samego początku była ostra i ofensywna, bardzo roszczeniowa. Ton wypowiedzi owej reprezentantki Radykałów bardzo, ale to bardzo mi się nie podobał, ale jestem w stanie zrozumieć, że emocje w dyskusji mogą nas czasem ponieść za daleko. Poniosły. Na tym mogłoby się pewnie jednak skończyć, gdyby nie to, że siła wyższa, czyli adminka, postanowiła się wtrącić.
Ideologiczny konflikt to jedna rzecz. To, można by rzec, prywata. Ale w momencie, gdy z powodu tego konfliktu – który, jak przypominam, narastał od pewnego czasu, a więc ostatnia dyskusja była tylko kroplą, która przepełniła czarę – trzy najbardziej aktywne, zaangażowane moderatorki nagle zostają wyrzucone, poinformowane post factum, i to jeszcze z żałosnym, bezczelnym wyjaśnieniem, które nijak się ma do rzeczywistości – no to coś jest zdecydowanie nie tak. Po tym, jak afera wyszła na światło dzienne, to właśnie fakt wyrzucenia tychże trzech moderatorek w tak bezceremonialny, niewdzięczny sposób, wywołał największe oburzenie. Oczywiście, dyskutowano, czy avatar – źródło problemu – obraża czy nie obraża, ale oczywiście do żadnych wniosków nie doszło, trochę to takie gadanie po próżnicy, bo i tak wiadomo, że góra zrobi, co będzie chciała. Ale jednogłośnie skrytykowano to posunięcie administracji, czyli wyrzucenie trzech Umiarkowanych z modertorstwa. Tym bardziej, że były one faktycznie najbardziej zaangażowane w rozbudowę i funkcjonowanie forum, nie tylko utrzymywały porządek, ale organizowały konkursy, zarywały noce, by wywieszać pojedynki literackie, snuły plany i tworzyły portal, który miał być dołączony do Mirriel. Były widoczne, użytkownicy im ufali. Nikt się na nie nie skarżył. I nagle wykopano je, na do widzenia jeszcze wymierzając policzek, bo tak właśnie odebrałam owe wyjaśnienie post factum. W składzie moderatorskim zostały te osoby, które na forum pojawiały się przelotem. Dodano im do pomocy trzy nowe osoby, którym i ja, i wszyscy komentujący całą aferę życzą powodzenia, ale jednak trzy zupełnie nowe, niedoświadczone osoby. Zostały z rozgrzebanymi konkursami, pomysłami i w środku masowego exodusu dobrych autorów i komentatorów, bo oczywiście po takim czymś wielu ludzi stwierdziło, że wcale nie chcą już siedzieć na Mirriel, wolą poszukać sobie innego miejsca. I to miejsce sami stworzą.
A mnie jest szkoda, bo Mirriel to osiem lat mojego życia. Jednak z drugiej strony sama już nie czuję się tam dobrze.
Jednak tym, co mnie najbardziej zirytowało w całej tej aferze to nawet nie ton wypowiedzi Radykałów, nie wyrzucenie dobrych modów, tylko potworna, wrzeszcząca hipokryzja. Nienawidzę hipokryzji.
Reprezentantka Radykałów zarzuciła modom, że Mirriel to forum homofobiczne. Że pojawiają się komentarze i słowa w rodzaju „pedał”, „sodomita” i tym podobne. Że nie cenzuruje się wypowiedzi homofobicznych, a próbuje się cenzurować ikonkę, która nikogo nie atakuje. (Na ikonce był napis „Every time you see a rainbow, God is having gay sex”, sami oceńcie, czy ten tekst jest właściwy na forum literackim.) I ja nawet przyznaję Jej rację. Nie, nie powinniśmy dawać przyzwolenia na homofobię, na jakiekolwiek jej przejawy. Tak, ja tępię homofobię nawet w żartach. Słowa są ważne i to, jak ich używamy, w takim samym stopniu determinuje naszą rzeczywistość, w jakim rzeczywistość determinuje słowa. Nie, nikomu nie powinniśmy pozwalać poniżać innego człowieka, czy to ze względu na jego seksualność, czy kolor skóry, czy pochodzenie, czy płeć, czy jakikolwiek inny aspekt. Nie możemy po prostu żyć obok siebie, koegzystować, wymieniać się ideami i nie próbować zmieniać się na siłę i mierzyć wszystkich naokoło własną miarą? Tolerancja to nie to samo, co akceptacja, nie musisz się zgadzać z moimi życiowymi wyborami, ale musisz pozwolić mi żyć tak, jak tego chcę, bo dopóki nikogo innego tym nie krzywdzę, to jest to moja i tylko i wyłącznie moja sprawa. Tylko że tolerancja musi iść w obie strony. Czy fakt, że część katolików dyskryminuje mnie ze względu na moją seksualność daje mi prawo do dyskryminowania wszystkich katolików – a nawet tylko tej części, która mnie dyskryminuje? Nie popadajmy w błędne koło. Skoro jesteśmy ludźmi inteligentnymi, cywilizowanymi, skoro ogłaszamy się społecznie uświadomionymi, skoro żądamy równości i tolerancji, to chyba sami powinniśmy dawać świecący przykład. Tolerować inne poglądy, inne wizje. Musimy wznieść się nawet ponad ich dyskryminację względem nas, nie możemy usprawiedliwiać się jak dzieci, „on zaczął, psze pani, ja mu tylko oddałem!” Jaki jest w tym sens? Bądźmy dorośli.
Dyskryminacji w żadnej postaci nie powinno się akceptować. Dlatego jeśli ja na forum widzę komentarz, który w moim odczuciu jest dyskryminujący albo obraźliwy, klikam „zgłoś post” i od moderatorów oczekuję, że coś z tym zrobią – a jeśli nie, to wyjaśnią mi, dlaczego. Zdaję sobie przecież sprawę, że moderatorzy to też ludzie i mają swoje obowiązki, nikt im za zajmowanie się forum nie płaci. Mogli posta nie zauważyć, czy też – jak przyznała M. – ich wrażliwość może być niższa niż moja. Tylko że wtedy ja nie idę z płaczem na bloga i nie narzekam, jakie to forum Mirriel jest złe i homofobiczne, bo pojawił się ktoś, kto mnie zranił. Nie, ja wtedy działam.
A A., czyli reprezentantka Radykałów, była i jest moderatorką. Ona ma guziczki, ma możliwość wycięcia takich komentarzy, udzielenia użytkownikowi nagany, zbanowania czy też wystąpienia do adminki, żeby delikwenta zbanowała. A. nie musi zgłaszać posta i czekać, aż któryś z modów będzie miał chwilę wolnego czasu. A. jest modem. Może kliknąć „usuń post” i tyle. Więc dlaczego tego nie zrobiła? Dlaczego nie działa w imię tej społeczności lgbt, którą, jak twierdzi, broni? W imię przeciwdziałania dyskryminacji? Zamiast wziąć się do pracy i zmienić to, co miała nie tylko możliwość, ale i prawo zmienić, bo przecież nikt jej nie bronił – A. zamiast tego zaczęła rzucać podejrzeniami o homofobię wobec tych moderatorek, które faktycznie na forum działały, i to sprawnie, podczas gdy ona przemykała jak duch, niewidoczna. Wszystko w jej zachowaniu wrzeszczy „HIPOKRYZJA”, a tego znieść nie mogę.
Jeszcze innym aspektem jest sama radykalizacja tego środowiska. Nie zrozumcie mnie źle, większość osób z tego tak zwanego „kwiatu lja” znałam i lubiłam, nadal lubię, albo lubiłabym, gdyby mi pozwoliły. (Nie uważam wcale, że jedna kłótnia, niezgodność poglądów, powinna od razu przekreślać lata znajomości. Wręcz przeciwnie.) Ale nie jestem ślepa, widzę, że zamknięcie we własnym gronie spowodowało u nich radykalizację poglądów i temu zaprzeczyć się nie da. To środowisko ultra feministyczne i skrajnie pro-lgbt. I znów, nie zrozumcie mnie źle. Ja sama siebie nazywam feministką (definicją może zajmę się kiedy indziej, ten wpis i tak jest już jakiejś niebotycznej długości), nie ulega też wątpliwości, że jestem pro-lgbt, skoro sama jestem biseksualistką, nie wspominając nawet już o tym, że działam w (wkrótce) Fundacji na rzecz lgbt. Tyle że sposób i ton, w jaki A. głosiła swoje poglądy podczas wiadomej dyskusji był taki, że nawet mnie odrzucił i zniesmaczył. Ja wcale nie chcę, żeby mnie ktoś w taki sposób bronił. Ja działam przeciw dyskryminacji, każdej dyskryminacji, także tej, która rodzi się czasem w środowisku lgbt przeciw osobom wierzący czy heterykom. Jak pisałam wyżej, tolerancja musi iść w obie strony. A. w ferworze bronienia między innymi mnie przeciw dyskryminacji zaczęła dyskryminować inną grupę, a na to przyzwolenia nie daję i takiej obrony sobie nie życzę. Świetnie podsumował to Ryuuga w swoim komentarzu na Mirriel. „Mam wrażenie, że ludzie będą mnie postrzegali – dzięki kochanej Moderacji – jako jakąś świętą krowę, której wolno więcej, bo jest LGBT (i to podwójnie!)”, napisał między innymi. I pod tym – jak pod całym komentarzem – mogę podpisać się wszystkimi czterema kończynami.
Tak więc, podsumowując, mimo że w pewnym stopniu zgadzam się z A., że owszem, na forum pojawiały się czasem komentarze, które powinny być wycinane, i że to ważne, aby przeciwdziałać wszelkim przejawom dyskryminacji – jeśli mam się już koniecznie opowiadać po którejś ze stron, to zdecydowanie po stronie Umiarkowanych. Sposób i ton wypowiedzi A., jej rażąca hipokryzja oraz to, jak potraktowano trzy Umiarkowane moderatorki zniesmaczyły mnie i zraziły. I tak, ja też chyba ostatecznie poszukam sobie nowego miejsca. Sentymentalnie mi szkoda, ale z drugiej strony forum tworzą ludzie, a ci, do których mi najbliżej – chociaż wcale niekoniecznie ideologicznie! – odchodzą na nowe podwórko, a więc ja podreptam za nimi.