06/6/13

Milk [uwaga spoilery].

Jako ktoś, kto aktywnie wspiera i sam należy do społeczności LGBT, czuję się wręcz zawstydzona faktem, że „Milka” obejrzałam dopiero teraz. Nie tylko dlatego, że to absolutne must-see dla każdego aktywisty z queerowego grona, ale również dlatego, że to najzwyczajniej w świecie Dobry Film.

Nie jest to może pozycja dla każdego; znam ludzi, którzy o ile w filmie nie ma minimum jednego pościgu i mordobicia, uważają go za nudny. Ale jeśli lubicie beletryzowaną historię tudzież opowieści o ludziach i ich słabościach/wielkości, to jest to zdecydowanie coś, co powinniście obejrzeć. Świetnie pokazuje tamte czasy: lata siedemdziesiąte, powszechny strach przed linczem z jednej strony, i wyzwolenie obyczajowe z drugiej. Po wstępie, który podkreśla wykluczenie homoseksualistów z całości społeczeństwa, następuje skupienie na dzielnicy San Francisco, Castro, która – poniekąd dzięki samemu Harveyowi Milkowi – stała się enklawą i bezpiecznym (choć nie do końca) azylem dla „dewiantów” i „perwersów”.

No i oczywiście sam Harvey. Harvey, genialnie zagrany przez Seana Peanna (rola życia? Jak dla mnie – zdecydowanie tak!), którego poznajemy w wieku lat 39 (wciąż jeszcze), który całe swoje dotychczasowe życie przeżył w szafie, który właśnie spotkał swoją wielką miłość na schodach stacji metra. Który postanawia coś zmienić. I zmienia. Oj, zmienia.

Przez cały film widzimy w zasadzie dwa wątki: kariery politycznej Harveya – choć może należałoby to nazwać raczej historią samego ruchu progejowskiego w Kalifornii (i całych Stanach); tudzież jego życia prywatnego. Związek Scotty’ego i Harveya, z początku taki sielski i uroczy, zaczyna się w pewnym momencie psuć, a widz tylko czeka, aż coś wybuchnie. (Oczywiście mówimy o widzu, który nie znał w szczegółach biografii Milka, takim jak ja.) Następnego partnera Harveya trudno polubić, chociaż zakończenie tego wątku i tak wycisnęło z moich ocząt trochę łez.

Sama historia ruchów pro- i antygejowskiego też jest, oczywiście, ciekawa, szczególnie dla kogoś skądinąd zainteresowanego sprawą, ale myślę, że każdego mogłaby zainteresować. Słuchając argumentów, przytaczanych przez oponentów praw gejów, doszłam do wniosku, że przez ostatnie trzydzieści-czterdzieści lat nic się w tym względzie nie zmieniło. Oni wciąż wracają do tych samych durnych haseł. Jak widać, bigoci pozostaną bigotami. Aczkolwiek trudno nie wzruszyć się na myśl, jak uradowałby się Harvey, gdyby się dowiedział, jak daleko dziś zaszliśmy, mimo że droga wciąż jeszcze przed nami długa. (Szczególnie w Polsce, oczywiście.)

Fascynujący jest też wątek Dana White’a, który rozgrywa się w tle i równolegle do wątku samego Harveya. Jak na dłoni widać jest rosnącą frustrację, jego powolne zapadanie się w sobie. Analiza jego zachowania jest naprawdę zajmująca, zwłaszcza jeśli się wie, jaki będzie finał (a to akurat wiedziałam). Szczególnie intensywny był dla mnie moment urodzin Harveya, kiedy ten spotyka pijanego w sztok Dana na korytarzu. Wypowiada tam Milk jedno z moich ulubionych zdań: „It’s more than an issue. This is our lives we’re fighting for.” Ale samo napięcie sceny – i świetna praca aktorska oczywiście – sprawiają, że aż człowieka niemal ciarki przechodzą.

Kolejny mini-wątek, który mnie uderzył, to wątek Paula, chłopaka z bodajże Missisipi, który dzwoni do Harveya, mówiąc, że chce się zabić, że rodzice chcą go zabrać do jakiegoś ośrodka (a wszyscy wiemy, jakie metody w takich ośrodkach stosowano i – o zgrozo! – stosuje się nadal). Harvey radzi mu zwiewać, wsiąść do pierwszego autobusu do dużego miasta, nie pozwolić sobie wmówić, że jest się chorym, zboczonym. A Paul na to, że nie może odejść, bo przywiązany jest (niedosłownie) do wózka inwalidzkiego. Ten wątek znajduje swoje szczęśliwe rozwiązanie w filmie (nie wiem, na ile jest w nim prawdy, czy coś takiego miało miejsce faktycznie), ale… ciężko nie pomyśleć przy tej okazji o wszystkich młodych ludziach, którzy popełniają samobójstwa, bo czują się odrzuceni, zaszczuci, bo są ofiarami przemocy psychicznej i fizycznej w domu, na podwórku, w szkole, bo nie mają żadnego oparcia ani drogi ucieczki. Nie bez kozery procent samobójstw wśród społeczności LGBT jest tak wyśrubowany w porównaniu z resztą społeczeństwa. A z drugiej strony, myśli idą ku programom takim jak Trevor Project czy It Gets Better (to ostatnie niedawno dotarło nawet do Polski, widziałam klipy, które wypuszczono na MTV, szkoda, że nie było to szerzej publikowane). Nadzieja, o której tyle mówił Harvey Milk, nie umarła i żyje dalej, i wbrew wszystkim przeszkodom jest jest coraz więcej, na szczęście. „And I know that you can’t live on hope alone, but without hope – life is not worth living.”

Na koniec jeszcze jeden cytat z Milka: „We’re gonna convince the 90% to give a shit about us the 10%. We have to let them know who we are.” Nie zgadzam się z nim, że należy outować ludzi, każdy powinien sam podjąć decyzję o wyjściu z szafy. Ale prawdą jest, że im więcej nas wychodzi, im bardziej ludzie widzą nas i uświadamiają sobie, że jesteśmy wszędzie i żyjemy wśród nich, jesteśmy ich dziećmi, braćmi, siostrami, kolegami z pracy, znajomymi z uczelni itd. itp. – tym łatwiej jest im zaakceptować nasze prawa, prawa przynależne każdemu człowiekowi i obywatelowi. Jesteśmy różni, ale równi. Inny nie znaczy gorszy. To naturalne, że ludzie boją się tego, czego nie znają – niech więc nas poznają. Może wtedy zrozumieją i zaakceptują.

06/5/13

O smokach i Napoleonie (uwaga spoilery).

Zaczęłam znów czytać serię Naomi Novik „Temeraire”, którą już przeczytałam kilkakrotnie i posiadam w wersji papierowej, ale ponieważ została ona w domu u rodziców, pozwoliłam sobie rozpocząć lekturę w formie e-booka na moim androidowym Kindle’u. W wersji angielskiej, tym razem, bo ostatnio w ogóle preferuję książki czytać w oryginale, o ile znam język. (Podobnie zresztą z filmami, ale to oczywiste, bo kto wolałby lektora, kiedy można bez?)

Jestem w tej chwili w połowie „Empire of Ivory”, które jest czwartym tomem serii. Podoba mi się niemal tak samo, jak za pierwszym razem: lubię oryginalność, a główna idea całej serii jest takim powiewem świeżości, że nie da się tego nie docenić. Smoki w służbie lotniczej w czasach Napoleona – no czyż nie intrygujący pomysł? Tyle można z nim zrobić! I autorka robi, oj robi! Zabiera nas z Wielkiej Brytanii (bo główny bohater jest brytyjczykiem) do Chin drogą morską, a potem poprzez Himalaje i pustynię Taklamakan do Stambułu (czy raczej: Konstantynopola), by następnie poprzez ogarnięte wojną Prusy doprowadzić nas do Polski (skąd ponoć pochodzi babka Novik), z powrotem do Anglii, a potem raz jeszcze poprzez morze do Kapsztadu, w głąb Afryki, potem z powrotem do Anglii, do Australii, do Ameryki… ciągle nowe wyzwania, nowe niebezpieczeństwa i zaskakujące zwroty akcji. Ani przez chwilę człowiek się nie nudzi przy tej książce; może nie jest to jakaś super literatura wysokich lotów, ale jest porządnie napisana, ciekawa, wciągająca, ma dobrych, plastycznych bohaterów, pomimo oczywistego zakrzywienia rzeczywistości (smoki?) – prawdopodobną, przekonywującą fabułę… fajna rozrywka, po prostu. I bardzo pobudza wyobraźnię. Ponoć Peter Jackson chciał zrobić z tego film – ale przy takiej ilości tomów potrzebna będzie mini-series. A to przecież jeszcze nie skończone. Z początku, o ile pamiętam, miało być siedem tomów, ale tyle już zostało wydanych, a ósmy jest w przygotowaniu i wyjść ma jeszcze w tym roku, po angielsku oczywiście. (Nawiasem mówiąc siódmego jeszcze nie czytałam, więc już sobie ostrzę ząbki.)

W każdym razie każdemu, kto ma ochotę się rozerwać przy przyjemnej lekturze, polecam całą serię. Językowo jest bardzo przystępna, chociaż lekka stylizacja może sprawiać nieco kłopotów jeśli chodzi o wersję angielską (w polskiej z kolei irytowała mnie nieznajomość tłumacza terminów związanych z żeglarstwem, no ale to tylko ja). Ja ogólnie jestem up for a challenge, jeśli chodzi o język; na moim Kindle’u mogę sobie podświetlić każde słowo i automatycznie wyszukać je w słowniku, więc i słownictwo mi się przy czytaniu rozszerza.  A poza tym czyta się naprawdę przyjemnie i płynnie. Jakby rozebrać każdą książkę na czynniki pierwsze i zanalizować to pewnie znalazłoby się sporo niedociągnięć i niedoróbek, ale po co, skoro w całości tak fajnie się seria prezentuje.

06/5/13

Panta rhei.

Życie jest takie nieprzewidywalne.

A ja, jak się zdaje, częściej niż mi się wydawało przeczę sama sobie. Choć może to naturalne w procesie, cóż, życia. W końcu nigdy nie jest tak, że zostajemy jak skały, niezmienni (a przecież i skały się zmieniają, choć powoli). Nie istnieje żadna stała, zmienia się wygląd, sytuacja życiowa, poglądy, pragnienia.

Pamiętam jak będąc jeszcze nastolatką przysięgałam, że nigdy, ale to absolutnie nigdy alkoholu do ust nie wezmę. Silly little girl, right?

Jeszcze nie tak dawno, jeszcze kilka lat temu, nie wyobrażałam sobie mojego życia bez Kościoła. Taka byłam przekonana, taka przywiązana. A dziś, o, proszę – już katoliczką się nie nazywam, najchętniej używam określenia „agnostyczna chrześcijanka”, czasem „teistka”.

Przez całe życie przysięgałam sobie, że nigdy nie pójdę w ślady moich rodziców, że nie chcę mieć nic wspólnego z ekonomią ani księgowością. A dziś, proszę. Junior Accountant jak się patrzy, choć może nie tego typu, co moja mama.

Był też taki okres, kiedy Stany Zjednoczone uważałam za głupiutki kraj pełen głupiutkich ludzi i śmiałam się z koleżanki, która marzyła o wyjeździe tam, choćby na krótko. Dzisiaj sama marzę o pobycie w Stanach.

To tylko kilka przykładów. Zmieniają się też inne rzeczy. Człowiek traci kontakt z ludźmi, z którymi był blisko przez lata, zupełnie nie wiedzieć czemu. Zmienia się technologia wokół nas. Kończy się jedne szkoły, zaczyna inne. Odchodzi się z pracy, dostaje nową.

I kiedy tak sobie o tym myślę, wychodzi na to, że jedna tylko rzecz jest niezmienna: rodzina. Jak latarnia morska wśród sztormu, pozwala zawsze odnaleźć drogę. Nie jest to konkluzja, którą przewidziałam zaczynając ten wpis. Ale chyba sie zgadza.

11/22/12

Czym się różni prawnik od filologa?

Uh-huh, znowu miałam długą przerwę w pisaniu. W skrócie: zamiast sekretarzem, jestem teraz wiceprezesem Pryzmatu, który w międzyczasie stał się oficjalny, łącznie z wpisem do KRSu, nadaniem NIPu, REGONu i utworzeniem konta bankowego, skończyłam czwarty i zaczęłam piąty rok studiów, zaczęłam pisać pracę magisterską (ale idzie mi gorzej niż średnio), byłam przez półtora miesiąca w Brukseli, na stażu w Ambasadzie RP. A, no i zaczęłam się określać jako panseksualistka, a nie biseksualistka, chociaż czasem dla spokoju mówię, że jestem bi, gdy nie chce mi się wyjaśniać, co oznacza bycie pan. Z rzeczy, które się nie zmieniły: nadal jestem singielką, nadal mieszkam z B. i jej kotem, nadal jestem bałaganiarą (czym doprowadzam B. do szewskiej pasji chwilami), nadal jestem przewlekle chora, nadal mam przyjaciół i nadal trudno mi w to uwierzyć.

A dzisiaj byłam, jako przedstawicielka Pryzmatu, na spotkaniu ze studentami prawa, które miało dotyczyć dyskryminacji w zatrudnieniu. Było to w ramach Prawniczej Akademii Filmowej, więc zaczęło się od wspólnego obejrzenia filmu pt. „Filadelfia” z Tomem Hanksem, Denzelem Washingtonem i Antonio Banderasem (bardzo dobry film, polecam wszystkim – znakomita rola Hanksa, on zresztą jest jednym z niewielu naprawdę świetnych aktorów hollywoodzkich), a potem miała być dyskusja, która jednak zdecydowanie została zdominowana przez dwie pozostałe zaproszone „prelegentki” – obie będące wykładowczyniami prawa pracy. Ja odzywałam się mało, bo ani wiedzy, ani kompetencji szczególnych nie miałam, no i przeszkodziła mi moja nieśmiałość, która jest takim dziwnym czymś, które nie pozwala mi swobodnie mówić przed większą publiką, ale dyskutować i kłócić się mogę bez problemów, bez względu na uczestników czy obserwatorów i ich liczbę.

O samej dyskryminacji w zatrudnieniu może innym razem, ale dziś chciałam tylko zwrócić uwagę na kilka szczegółów, które zaobserwowałam, na temat samych aspirujących prawników.

Pierwsze, oczywiście, co się rzuca w oczy, to ubiór. Poza jednym, wszyscy obecni faceci ubrani byli w garnitury lub same koszule, dziewczyny były nieco mniej elegancko, ale też wcale nie „casual”. Ich zachowanie wobec mnie było też bardzo… hm. Jak by to określić? „Usłużne” jest zbyt pejoratywne; byli raczej uprzedzająco grzeczni. Nie żeby inne grupy ludzkie były w porównaniu niegrzeczne, po prostu ta uprzejmość była lepiej widoczna w przypadku studentów prawa.

Trzecią rzeczą, jaką zauważyłam i która, z racji wykształcenia i z zamiłowania, szczególnie mnie zainteresowała, był używany przez nich język. Do pewnego stopnia, miałam wrażenie, lubują się oni w języku tak samo, jak filolodzy; jednakże ich słownictwo jest, rzecz jasna, dużo bardziej specjalistyczne. Ja nie miałam problemów z rozumieniem ani śledzeniem wątków dyskusji, co prawda, pomimo mojego żółtodziobostwa (taki mały neologizm sobie ukułam, a co!) w zakresie prawa, jednakże ewidentnie nie był to rodzaj wypowiedzi, jaki można usłyszeć na co dzień na ulicy. Pomijam również pewne maniery jednej z prelegentek, która mogłaby być moją siostrzaną duszą pod względem używania takich wyrażeń jak „dyskomfort” czy „absencja” i innych będących oczywistymi zapożyczeniami, posiadającymi jednak rodzime odpowiedniki („niewygoda”, „nieobecność”). Zastanowiło mnie za to, na przykład, nadużywanie wyrazu „argumentacja”. Co chwilę ktoś się zgadzał (lub nie) z „argumentacją” rozmówcy, nawet w momencie, gdy ów rozmówca czy rozmówczyni żadnych argumentów nie wysuwała, albo wówczas, gdy naturalnie nasuwała się raczej „interpretacja”. „Można oczywiście polemizować z moją argumentacją dotyczącą tego fragmentu filmu”, powiedział ktoś w pewnej chwili, aż zmarszczyłam brwi. Jasne, „argumentacja dotycząca filmu” nie jest wyrażeniem błędnym, jednak osobiście chyba nie pomyślałabym o takim sformułowaniu. Mówimy przecież o filmie: każdy może zrozumieć go inaczej, i owszem, argumentuje wyrażając swoją opinię, ale jest to jego interpretacja, z którą można polemizować, i to właśnie słowo narzuca mi się pierwsze. Przykładów tego typu było więcej, ale niestety – nie miałam jak ich sobie zapisać (byłoby to raczej niegrzeczne, gdybym nagle wyciągnęła notatnik czy komórkę w środku dyskusji) i już nie pamiętam.

Ale jeśli już o interpretacji mowa, to zastanawiam się również, czy i tu nie ma pewnej prawidłowości. W pewnym momencie zaczęliśmy rozmawiać o tym, kiedy partnerzy w firmie prawniczej, w której pracował główny bohater, Beckett (Tom Hanks), dowiedzieli się o jego chorobie i jak niewiele czasu zajęło im podjęcie decyzji o pozbyciu się go i ukartowanie sytuacji, która im na to pozwoliła. Nie jestem w tej chwili w stanie przywołać konkretnych wypowiedzi, jednak pamiętam, że miałam wrażenie, że myślenie prawników było bardzo jednotorowe; gdy analizowali jedną hipotezę, jakby zupełnie zapominali o innych, już wypowiedzianych, ani nie dopuszczali pozostałych możliwości, które mnie, na przykład, same się nasuwały. Nie jest to, broń Boże, żaden zarzut; po prostu coś, co mnie zaintrygowało. Nie wiem, czy to kwestia akurat tych konkretnych osób, czy efekt wykształcenia, mam jednak wrażenie, że byli oni nastawieni na analizę pojedynczego problemu, i całą uwagę tylko jemu poświęcali. Na filologii kształcą nas tak, byśmy potrafili spojrzeć na całość problematyki, odszukać powiązania, określić kontekst, a potem po kolei wchodzić na coraz głębsze poziomy analizy, nigdy nie zapominają o całościowym obrazie. Na tym w końcu polega analiza i interpretacja dzieła literackiego. Prawnicy, myślę, są zdecydowanie bardziej nastawieni na rozwiązanie danego problemu, na właśnie takie totalne skupienie na pewnym wycinku rzeczywistości. Mogę się, oczywiście, mylić; interpretuję tylko to, co zaobserwowałam podczas tego jednego spotkania.

Tak czy inaczej, pomimo kilku potknięć językowych, których nie miałam jak skorygować, by nie być zbyt czepialską i małostkową (rzeczy w rodzaju „operacja zmiany płci” zamiast „korekty płci” czy powtarzane z uporem maniaka „homoseksualiści”, zamiast zwyczajnych „gejów i lesbijek” albo – jeśli już koniecznie – „osób homoseksualnych”, no i – a to już klasyka bluesa i robią to wszyscy, łącznie z moimi kolegami i koleżankami ze społeczności LGBT – kompletne pomijanie osób biseksualnych w jakichkolwiek rozważaniach), prawnicy okazali się wyjątkowo otwarci, a także zupełnie sympatyczni i przyjaźni (bo szłam do nich trochę z duszą na ramieniu, wiedząc, że na temacie się za bardzo nie znam, mimo że próbowałam się doszkolić). A przy okazji sama nauczyłam się paru rzeczy na temat prawa pracy. Wieczór zaliczam do udanych.

05/23/12

Marsz Równości raz jeszcze ;)

Jestem sławna ;) Ale tak naprawdę to najbardziej się cieszę, bo dali podpis, że jestem z Fundacji „Pryzmat Różnorodności”. Nasza pierwsz medialna wzmianka, lol.

Jedna uwaga… drogi panie redaktorze, nie można decydować o swojej seksualności. Seksualność się ma i nie ma tu nic do gadania, nie można nagle zdecydować, „od dziś jestem gejem!”. Moja biseksualność to nie kwestia decyzji, taka się urodziłam, niestety nasze społeczeństwo wcale nie pomogło mi tego odkryć ani zaakceptować, stąd zabrało to dużo czasu. Kwestią decyzji, natomiast, jest to, czy społeczeństwo i ustawodawcy pozwolą nam w końcu „żyć jak normalni ludzie” (autocytat, nieładnie, no) i oddadzą nam prawa, które należą nam się z racji bycia człowiekiem. „Wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi pod względem swej godności i swych praw”, does it ring a bell?

05/21/12

Marsz Równości i co z niego wynika.

Jak pewnie wszyscy już wiedzą, w sobotę odbył się w Krakowie Marsz Równości. Organizowany w ramach festiwalu Queerowy Maj, w tym roku zebrał ponoć około 600 ludzi. Przeszliśmy z Placu Szczepańskiego przez Rynek i Grodzką aż na Kazimierz, na Plac Wolnica. Było kolorowo, radośnie, sympatycznie. Może i było słabo jeśli chodzi o ilość uczestników, ale za to jaka jakość! :)

My, to znaczy Fundacja „Pryzmat Różnorodności”, dotarliśmy na miejsce sporo przed czasem, bo pomagaliśmy w przygotowaniach. Głównie dmuchaliśmy i wiązaliśmy balony, ale niektórzy z nas dostali też przepaski „służby porządkowej”. (Moja bezczelnie zsuwała mi się z ramienia przez cały marsz. Irytujące.) W zasadzie służba porządkowa była tylko na pokaz, że jest, bo przy stosunku 1 uczestnik marszu do 1 policjanta (ponoć było ich pięciuset) ciężko, żeby cywilna służba się przydała.

Uzbrojona w przepaskę, wzięłam stosik archiwalnych „Replik” („Replika” to pismo branżowe wydawane pod egidą KPH) w jedną łapkę i pęk balonów w drugą i ruszyłam na plac, gdzie już zaczynał zbierać się tłum.

Repliki rozeszły się jak świeże bułeczki, równie szybko pozbyłam się niemal wszystkich balonów, zostawiając sobie dwa. Atmosfera była rozluźniona, ludzie śmiali się z chuliganów NOPu, którzy po drugiej stronie placu, odgrodzeni kordonem policji, wywrzaskiwali swoje hasełka („Polska dla Polaków”, „Raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę”, „Nie czerwona, nie tęczowa, tylko Polska narodowa” i, przede wszystkim, „Zakaz pedałowania”). Żartowaliśmy sobie z nich, wiedząc, że będziemy musieli przejść obok. No i przeszliśmy, w nasza stronę poleciało parę petard, dwie z nich wybuchły tuż obok mnie, więc przez dłuższą chwilę mało co słyszałam. Chuligani obrzucali nas inwektywami i groźbami i ponoć nawet próbowali przerwać kordon policji, aczkolwiek tego na własne oczęta nie widziałam. Szłam z przodu marszu, więc szybko NOP zniknął mi z oczu. Co z oczu, to z serca – dalej było już tylko bardzo radośnie i sympatycznie. Ludzie wymachiwali transparentami i flagami, przez megafon i z naszych gardeł wylewały się nasze hasła („Wolność, równość, solidarność”, „Rożnorodność, solidarność, równość”, „Dziewczyna i dziewczyna – normalna rodzina”, „Równe prawa – wspólna sprawa” itd. itp.), za pierwszym bannerem (również z hasłem „Różnorodność, solidarność, równość”, bo takie było motto tegorocznego Marszu) szła samba i wybijała na bębenkach rytm. Z obu stron prowadziła nas policja (a ponieważ jako „służba porządkowa” miałam iść z boku, nie raz i nie dwa odbiłam się od tarcz policjantów albo zostałam stanowczo, ale w sumie delikatnie usunięta z drogi), a także tłumy ludzi – głównie turystów, w końcu już maj, w dodatku była piękna pogoda – którzy nam machali, klaskali, robili zdjęcia i filmowali. W którymś momencie mijałam rodzinę z małym chłopczykiem, który wyciągnął do mnie ręce i krzyknął „daj!”, jak to dzieci robią, gdy czegoś chcą. W ten sposób pozbyłam się pozostałych dwóch baloników, ale przynajmniej dziecko było zachwycone :)

Marsz zakończył się na Placu Wolnica, gdzie jakaś dziewczyna rozdawała darmowe koszulki z napisem „Barefoot wine”, więc wzięłam ;) Darowanej koszulce nie zagląda się w zęby, prawda? ;) Potem fundacyjnie wylądowaliśmy w Sibro, ale ostatecznie razem z koleżanką-wolontariuszką postanowiłyśmy pójść na „Aftermarch discussion” w Fince na Placu Nowym (a po drodze dorwałyśmy zapiekanki, no bo jak to tak, być na Placu Nowym i nie zjeść zapiekanki?!). Organizatorzy Queerowego Maja, a także innych podobnych imprez w innych miastach, trochę niezidentyfikowanych sympatyków, Konsul Honorowy Stanów Zjednoczonych i posłanka Anna Grodzka – wszyscy byli obecni na tejże dyskusji, która miała być o „strategiach oporu”. I przez chwilę rzeczywiście była, ale szybko przemieniła się w wytykanie organizatorom co zrobili źle i jak powinni to naprawić. Zdania były podzielone, nawet ja się chciałam odezwać, ale w końcu zmilczałam, nie czuję się jeszcze na tyle kompetentna, by się na forum takim wypowiadać.

Parę spraw mnie uderzyło (o, zobaczcie, o tu, mam jeszcze siniaka). Po pierwsze, przy wymienianiu strategii oporu w kontekście praw LGBT, totalnie zignorowano jeden aspekt: edukację. Mówiono o tym, jak ważne jest wychodzenie z ukrycia (za dr. Krzyszpieniem, który wtrącił się do dyskusji zwracając uwagę na język, jakim się posługujemy, pozwolę sobie unikać wyrażeń  w rodzaju coming out, w końcu też jestem filologiem), i ja się z tym oczywiście zgadzam, ale uważam też, że równie ważne jest docieranie do młodych ludzi, tak lgbt, aby im pomóc, jak i tych heteronormatywnych, żeby pokazać im, że inny nie znaczy gorszy i że różnorodność to coś pozytywnego. Głęboko wierzę, że należy, że trzeba inwestować w przyszłe pokolenia, bo to one stanowią przyszłość. Nie twierdzę wcale, że dla nas już jest za późno (choć, być może, w niektórych aspektach tak jest, choć mam nadzieję, że nie), mówię tylko, że zmiana społeczna, prawdziwa ewolucja (nie mylić z rewolucją) musi zacząć się od najmłodszych lat, i to my musimy o to zadbać.

Druga sprawa, którą zaobserwowałam, to podziały. Społeczność LGBT nie jest wcale jednolita i nigdy nie będzie, to tak jak mówić, że wszyscy ludzie o niebieskich oczach powinni mieć te same poglądy i to samo nastawienie do świata. Piramidalna bzdura. Wśród osób LGBT są zwolennicy poliamorii, stałych związków monogamicznych albo zmieniania partnerów czy partnerek jak rękawiczki. Są katolicy i ateiści, i Żydzi, i przedstawiciele każdej innej religii. Są przegięci faceci i „męscy” faceci, są „kobiece” kobiety i chłopczyce, a czasem najbardziej kobiece kobiety okazują się wcale nie być kobietami. To jest fakt i należy go zaakceptować. Różnorodność przejawia się na wielu poziomach i w wielu wymiarach życia. Podczas tej dyskusji zauważyłam jednak, że mamy tendencję do dodatkowego tworzenia sztucznych podziałów i odcinania się od innych, bo są inni i niekoniecznie myślą jak my. Najlepszym przykładem była dyskusja o „chłopcach z Coconu”. Cocon to krakowski klub gejowski – i w tym wypadku ten właśnie przymiotnik ma uzasadnienie, bo chodzą do niego przeważnie geje, rzadziej lesbijki, biseksy czy transy, chociaż oczywiście też. Nawet ponoć heterycy tam zaglądają. Byłam tam tylko raz na pięć minut, więc to są informacje z drugiej ręki. Duża część dyskusji poświęcona była temu, kim są chłopcy z Coconu, jak ich zmobilizować do przyjścia na Marsz i dlaczego oni nie chcą przychodzić. Po co to? Przecież założę się, że większość osób obecnych w sali wtedy bywa w Coconie, przynajmniej od czasu do czasu (ja nie bywam, bo wcale w klubach nie bywam, jakichkolwiek). Zamiast mówić o „chłopakach z Coconu”, których trudno jest zdefiniować trafnie, lepiej powiedzieć o ludziach nieaktywnych w walce o równość, ale chętnych do zabawy. I od razu zamiast tworzyć linie podziału „my – wy” mamy jasno zdefiniowane pojęcie, które zresztą odniesie się nie tylko do tych nieszczęsnych chłopców z Coconu, ale do o wiele większej, ogólnej grupy.

No i trzecia sprawa, która mnie zirytowała: przez całe prawie dwugodzinne spotkanie ani raz ANI RAZ nie padło słowo „biseksualista” czy „biseksualistka”. Była mowa o społeczności LGBT, o gejach, o lesbijkach, o transach, o homoseksualistach nawet (a tego terminu przecież wszyscy chyba unikamy). „Bi” nie wspomniano ani słowem. Były na przykład „prawa gejów i lesbijek, transów i tym podobnych”. Jakbyśmy w ogóle nie istnieli. Albo byli gorsi od innych, niewarci wymienienia, lądujący wśród  „i tym podobnych”. Zabolało mnie to i zirytowało. Najśmieszniejsze jest to, że z takim olewactwem spotykam się głównie w społeczności LGBT. Moi heteronormatywni znajomi nie umniejszają mnie ani mojej orientacji. A wśród nieheternormatywnych spotkałam się już z komentarzami z rodzaju „tylko mi tu jakiegoś faceta nie przyprowadzaj!” albo z reakcją na moje „jestem bi” – „aha, jeszcze tak mówisz”. Nie życzę sobie czegoś takiego, to boli i będę z takim nastawieniem walczyć, ot co. Różnorodność, kochani, nie znaczy „my i oni”, to znaczy wszyscy, my i oni i wszyscy pomiędzy, a nawet ci spoza wszelkich norm, linii, ekstremów.

Różnorodność, solidarność, równość, pamięcie?

04/23/12

Wiara i tęcza

Byłam kilka dni temu na organizowanym przez Wiarę i Tęczę spotkaniu, a zasadzie prelekcji dr Jerzego Krzyszpienia, anglisty z UJ. O dr. Krzyszpieniu czytałam kiedyś artykuł w Replice, który niezwykle mnie zainteresował, głównie dlatego, że dotyczył kwestii języka i tego, w jaki sposób determinuje on naszą rzeczywistość.  Poruszana była też kwestia tego, dlaczego nie chcemy tolerancji, ale równości. (Dzisiaj dr Krzyszpień też się na ten temat  wypowiadał, choć raczej krótko i węzłowato.)

Temat owej prelekcji był inny: „Prawa człowieka lesbijek, gejów, ludzi biseksualnych i transpłciowych (LGBT) a chrześcijaństwo: Refleksje z podróży do USA i Kanady w lutym 2012 r.” Logiczne, skoro spotkanie było Wiary i Tęczy. (A Wiara i Tęcza, wyjaśniam, bo sama dopiero niedawno się z ich istnieniem zapoznałam, to organizacja skupiająca tych z nas, ze społeczności lgbt, którzy nie chcą rezygnować ze swojej religii i starają się pogodzić swoją orientację seksualną czy tożsamość płciową z wiarą.)

Ogólnie rzecz biorąc dowiedziałam się kilku nowych rzeczy, no i spotkałam przemiłych, przesympatycznych ludzi. Tak miłych, że to było aż niepokojące – ja niestety mam tendencję do reagowania na zasadzie „on jest dla mnie za miły, na pewno czegoś ode mnie chce!” Najwyraźniej jednak ci niczego nie chcieli. Miło mi się z nimi rozmawiało i mam nadzieję, że w przyszłości uda się nam (to jest Fundacji „Pryzmat Różnorodności”) nawiązać z nimi współpracę.

A sam wykład, cóż. Miałam wysokie oczekiwania względem dr. Krzyszpienia i z przykrością muszę stwierdzić, że się zawiodłam. Na samym początku stwierdził on, że na pewno będzie ciekawie, skoro on mówi. No cóż, może jakoś bardzo nudno nie było, ale z pewnością mogło być lepiej. Po pierwsze – mniej czytania, więcej mówienia. Dr Krzyszpień jest wykładowcą, powinien doskonale o tym wiedzieć, a jednak popełnił ten błąd. Tym bardziej, że mówił w dużej mierze o rzeczach, o których już wiedziałam. Czytanie na głos wystąpienia Hilary Clinton to też nie był najlepszy pomysł. Jasne, przemowa była śliczna i inspirująca, ale może niekoniecznie powinno się ją czytać z kartki. (Tym bardziej, że kiedy czyta, dr Krzyszpień ma dosyć irytującą manierę akcentowania słów w dziwnych miejscach.)

Druga część wystąpienia dr. Krzyszpienia (po tym, jak dostał laurkę i prezent, i tort ze świeczkami do zdmuchnięcia – okazało się, że to były jego urodziny) była zdecydowanie ciekawsza. Pokazywał zdjęcia i filmiki ze swojej podróży do NYC, Toronto i San Francisco, opowiadając jednocześnie co nieco o tym, jak wyglądają kościoły różnych wyznań w Północnej Ameryce i jak wygląda sprawa z ich akceptacją czy inkluzywnością wobec ludzi lgbt. Okazuje się, że wcale źle nie wygląda, chociaż niektóre rzeczy mnie trochę… hm, zaniepokoiły, z braku lepszego określenia. Nie w sensie globalnym, ale personalnym – na przykład w jednym z kościołów w Toronto, których przebieg komunii św. pokazywał dr Krzyszpień na filmiku, pary (hetero i homo) podchodziły do rozdających komunię (to raczej nie byli pastorzy, raczej pomocnicy, ale niestety moja wiedza nie jest dostateczna, by powiedzieć dokładnie), by przyjąć ją w dwóch formach (przy czym, jak powiedział dr Krzyszpień, opłatek maczany jest w soku gronowym, ze względu na alkoholików). I wszystko byłoby okej, gdyby nie to, że tradycja tam nakazuje tymże rozdającym dotknąć, niemal objąć przyjmujących za ramię. Ja z moją fobią dotykową, z którą walczę dzielnie i codziennie odnoszę drobne sukcesy (co wcale nie sprawia, że jest dużo łatwiej), po pierwszym razie przestałabym pewnie chodzić do komunii, tylko po to, żeby przypadkiem tego nie doświadczyć.

 Ale tak ogólnie to ciekawa byłam, jak członkowie Wiary i Tęczy widzą zaangażowanie ludzi lgbt w Kościół i kwestię pogodzenia wiary katolickiej z nieheteronormatywnością. Nie dowiedziałam się, bo to nie był czas ani miejsce po temu, musiałabym chyba złapać któregoś z nich prywatnie, coby mi wytłumaczyli. Bo ja jakoś tego nie mogę pogodzić. Zostały mi w głowie echa tego, co powiedział kiedyś Leszek, wtedy już po kilku piwach, ale wciąż i jak zwykle, inteligentnie: bo z religią to trzeba va banque, albo się ją bierze w całości, albo w ogóle. To dlatego ja już nie określam się jako katoliczka, ale chrześcijanka, a wręcz teistka. Tak, owszem, wierzę w Boga i modlę się do Niego co wieczór, zwracam się do Niego często. Ale na Mszę chodzę już tylko wtedy, gdy mnie mama poprosi (nie chcę jej sprawiać przykrości, więc idę z nią, ale sa momenty, kiedy przestaję w Mszy uczestniczyć, np. podczas credo nie wymawiam słów „wierzę w Kościół powszechny”. Zbyt wiele razy miałam ochotę wstać i wyjść podczas kazania, a kilka razy to właśnie zrobiłam. Nie zgadzam się z Kościołem – nie tylko w kwestii seksualności człowieka, w wielu innych, całkiem kluczowych sprawach też np. nie wierzę w nieomylność papieża). To jednak bardzo skomplikowane i może niekoniecznie do ogarnięcia w jednym wpisie, szczególnie że ten już jest dosyć długi.

Tak czy inaczej cieszę się, że na spotkanie poszłam. I mam nadzieję, że uda nam się z Wiarą i Tęczą współpracować.

04/17/12

Zbieram zabawki i idę do domu.

Emocje powoli opadają, ale niedawna awantura w moim środowisku zostawiła po sobie niesmak i tragiczny w skutkach podział na „my” i „oni”. Choć tak naprawdę podział ten istniał już znacznie wcześniej, tylko nikt o nim głośno nie mówił.

Ale zacznijmy od początku. Rzecz dotyczy Forum Literackiego Mirriel, czyli „mojego” miejsca w Internecie. Siedzę sobie tam od ponad ośmiu lat, a że mam niecałe dwadzieścia trzy, to znaczy to, że spędziłam tam kawał mojego życia. Większość moich obecnych przyjaciół i znajomych poznałam właśnie na tymże Forum Mirriel. I nie, wcale nie przesadzam – wystarczy może wspomnieć, że moja współlokatorka tudzież dwie inne bliskie przyjaciółki stąd, czyli z Krakowa, znam dzięki Forum. Tak to już w moim świecie jest, że najpierw spotykam kogoś wirtualnie, a potem, o ile dopisze nam szczęście, przenoszę znajomość do tak zwanego „real life’a”.

Rozumiecie więc, że mam do forum sentyment. Bez żadnych wątpliwości – wychowałam się na tym forum. Wiele z moich obecnych poglądów, wizji świata, wartości, które wyznaję, pochodzi stamtąd, z wymiany opinii i braniu przykładu z tych, których podziwiałam. A że to forum literackie o – jak na Internet – bardzo wysokim poziomie, to sami rozumiecie.

Tak czy inaczej, w tym właśnie „moim” miejscu jakiś czas temu doszło do pewnego rozłamu. Część użytkowników zabrała swoje zabawki i przeniosła się na Multifandom, na livejournal. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że źródło rozłamu zostało i narastało, narastało, aż w końcu zrobiło BACH i wszystko poszło w pizdu.

Najpierw pożarły się moderatorki. Poszło o avatar, który ponoć mógł obrażać uczucia religijne (mnie nie obrażał, a nawet nie zniesmaczał, ale doskonale rozumiem, że ktoś mógł się poczuć dotknięty – pytanie, na ile czyjeś potencjalne emocje mają dyktować politykę administracji forumowej…) ale bardzo szybko sprawa została rozbuchana i wyszło na to, że starły się ze sobą dwie wizje świata, bo nawet nie mogę tego nazwać różnicami ideologicznymi. Dyskusja zrobiła się bardzo nieprzyjemna, obie strony powiedziały o parę słów za dużo. Dla wygody użyję terminologii ukradniętej od Jod: załóżmy więc, że w sporze udział biorą Umiarkowani i Radykałowie. Bardzo szybko Umiarkowani zostali zepchnięci do defensywy, natomiast retoryka Radykałów (czy raczej Radykałki, bo jeszcze wtedy samotnie broniła pola) od samego początku była ostra i ofensywna, bardzo roszczeniowa. Ton wypowiedzi owej reprezentantki Radykałów bardzo, ale to bardzo mi się nie podobał, ale jestem w stanie zrozumieć, że emocje w dyskusji mogą nas czasem ponieść za daleko. Poniosły. Na tym mogłoby się pewnie jednak skończyć, gdyby nie to, że siła wyższa, czyli adminka, postanowiła się wtrącić.

Ideologiczny konflikt to jedna rzecz. To, można by rzec, prywata. Ale w momencie, gdy z powodu tego konfliktu – który, jak przypominam, narastał od pewnego czasu, a więc ostatnia dyskusja była tylko kroplą, która przepełniła czarę – trzy najbardziej aktywne, zaangażowane moderatorki nagle zostają wyrzucone, poinformowane post factum, i to jeszcze z żałosnym, bezczelnym wyjaśnieniem, które nijak się ma do rzeczywistości – no to coś jest zdecydowanie nie tak. Po tym, jak afera wyszła na światło dzienne, to właśnie fakt wyrzucenia tychże trzech moderatorek w tak bezceremonialny, niewdzięczny sposób, wywołał największe oburzenie. Oczywiście, dyskutowano, czy avatar – źródło problemu – obraża czy nie obraża, ale oczywiście do żadnych wniosków nie doszło, trochę to takie gadanie po próżnicy, bo i tak wiadomo, że góra zrobi, co będzie chciała. Ale jednogłośnie skrytykowano to posunięcie administracji, czyli wyrzucenie trzech Umiarkowanych z modertorstwa. Tym bardziej, że były one faktycznie najbardziej zaangażowane w rozbudowę i funkcjonowanie forum, nie tylko utrzymywały porządek, ale organizowały konkursy, zarywały noce, by wywieszać pojedynki literackie, snuły plany i tworzyły portal, który miał być dołączony do Mirriel. Były widoczne, użytkownicy im ufali. Nikt się na nie nie skarżył. I nagle wykopano je, na do widzenia jeszcze wymierzając policzek, bo tak właśnie odebrałam owe wyjaśnienie post factum. W składzie moderatorskim zostały te osoby, które na forum pojawiały się przelotem. Dodano im do pomocy trzy nowe osoby, którym i ja, i wszyscy komentujący całą aferę życzą powodzenia, ale jednak trzy zupełnie nowe, niedoświadczone osoby. Zostały z rozgrzebanymi konkursami, pomysłami i w środku masowego exodusu dobrych autorów i komentatorów, bo oczywiście po takim czymś wielu ludzi stwierdziło, że wcale nie chcą już siedzieć na Mirriel, wolą poszukać sobie innego miejsca. I to miejsce sami stworzą.

A mnie jest szkoda, bo Mirriel to osiem lat mojego życia. Jednak z drugiej strony sama już nie czuję się tam dobrze.

Jednak tym, co mnie najbardziej zirytowało w całej tej aferze to nawet nie ton wypowiedzi Radykałów, nie wyrzucenie dobrych modów, tylko potworna, wrzeszcząca hipokryzja. Nienawidzę hipokryzji.

Reprezentantka Radykałów zarzuciła modom, że Mirriel to forum homofobiczne. Że pojawiają się komentarze i słowa w rodzaju „pedał”, „sodomita” i tym podobne. Że nie cenzuruje się wypowiedzi homofobicznych, a próbuje się cenzurować ikonkę, która nikogo nie atakuje. (Na ikonce był napis „Every time you see a rainbow, God is having gay sex”, sami oceńcie, czy ten tekst jest właściwy na forum literackim.) I ja nawet przyznaję Jej rację. Nie, nie powinniśmy dawać przyzwolenia na homofobię, na jakiekolwiek jej przejawy. Tak, ja tępię homofobię nawet w żartach. Słowa są ważne i to, jak ich używamy, w takim samym stopniu determinuje naszą rzeczywistość, w jakim rzeczywistość determinuje słowa. Nie, nikomu nie powinniśmy pozwalać poniżać innego człowieka, czy to ze względu na jego seksualność, czy kolor skóry, czy pochodzenie, czy płeć, czy jakikolwiek inny aspekt. Nie możemy po prostu żyć obok siebie, koegzystować, wymieniać się ideami i nie próbować zmieniać się na siłę i mierzyć wszystkich naokoło własną miarą? Tolerancja to nie to samo, co akceptacja, nie musisz się zgadzać z moimi życiowymi wyborami, ale musisz pozwolić mi żyć tak, jak tego chcę, bo dopóki nikogo innego tym nie krzywdzę, to jest to moja i tylko i wyłącznie moja sprawa. Tylko że tolerancja musi iść w obie strony. Czy fakt, że część katolików dyskryminuje mnie ze względu na moją seksualność daje mi prawo do dyskryminowania wszystkich katolików – a nawet tylko tej części, która mnie dyskryminuje? Nie popadajmy w błędne koło. Skoro jesteśmy ludźmi inteligentnymi, cywilizowanymi, skoro ogłaszamy się społecznie uświadomionymi, skoro żądamy równości i tolerancji, to chyba sami powinniśmy dawać świecący przykład. Tolerować inne poglądy, inne wizje. Musimy wznieść się nawet ponad ich dyskryminację względem nas, nie możemy usprawiedliwiać się jak dzieci, „on zaczął, psze pani, ja mu tylko oddałem!” Jaki jest w tym sens? Bądźmy dorośli.

Dyskryminacji w żadnej postaci nie powinno się akceptować. Dlatego jeśli ja na forum widzę komentarz, który w moim odczuciu jest dyskryminujący albo obraźliwy, klikam „zgłoś post” i od moderatorów oczekuję, że coś z tym zrobią – a jeśli nie, to wyjaśnią mi, dlaczego. Zdaję sobie przecież sprawę, że moderatorzy to też ludzie i mają swoje obowiązki, nikt im za zajmowanie się forum nie płaci. Mogli posta nie zauważyć, czy też – jak przyznała M. – ich wrażliwość może być niższa niż moja. Tylko że wtedy ja nie idę z płaczem na bloga i nie narzekam, jakie to forum Mirriel jest złe i homofobiczne, bo pojawił się ktoś, kto mnie zranił. Nie, ja wtedy działam.

A A., czyli reprezentantka Radykałów, była i jest moderatorką. Ona ma guziczki, ma możliwość wycięcia takich komentarzy, udzielenia użytkownikowi nagany, zbanowania czy też wystąpienia do adminki, żeby delikwenta zbanowała. A. nie musi zgłaszać posta i czekać, aż któryś z modów będzie miał chwilę wolnego czasu. A. jest modem. Może kliknąć „usuń post” i tyle. Więc dlaczego tego nie zrobiła? Dlaczego nie działa w imię tej społeczności lgbt, którą, jak twierdzi, broni? W imię przeciwdziałania dyskryminacji? Zamiast wziąć się do pracy i zmienić to, co miała nie tylko możliwość, ale i prawo zmienić, bo przecież nikt jej nie bronił – A. zamiast tego zaczęła rzucać podejrzeniami o homofobię wobec tych moderatorek, które faktycznie na forum działały, i to sprawnie, podczas gdy ona przemykała jak duch, niewidoczna. Wszystko w jej zachowaniu wrzeszczy „HIPOKRYZJA”, a tego znieść nie mogę.

Jeszcze innym aspektem jest sama radykalizacja tego środowiska. Nie zrozumcie mnie źle, większość osób z tego tak zwanego „kwiatu lja” znałam i lubiłam, nadal lubię, albo lubiłabym, gdyby mi pozwoliły. (Nie uważam wcale, że jedna kłótnia, niezgodność poglądów, powinna od razu przekreślać lata znajomości. Wręcz przeciwnie.) Ale nie jestem ślepa, widzę, że zamknięcie we własnym gronie spowodowało u nich radykalizację poglądów i temu zaprzeczyć się nie da. To środowisko ultra feministyczne i skrajnie pro-lgbt. I znów, nie zrozumcie mnie źle. Ja sama siebie nazywam feministką (definicją może zajmę się kiedy indziej, ten wpis i tak jest już jakiejś niebotycznej długości), nie ulega też wątpliwości, że jestem pro-lgbt, skoro sama jestem biseksualistką, nie wspominając nawet już o tym, że działam w (wkrótce) Fundacji na rzecz lgbt. Tyle że sposób i ton, w jaki A. głosiła swoje poglądy podczas wiadomej dyskusji był taki, że nawet mnie odrzucił i zniesmaczył. Ja wcale nie chcę, żeby mnie ktoś w taki sposób bronił. Ja działam przeciw dyskryminacji, każdej dyskryminacji, także tej, która rodzi się czasem w środowisku lgbt przeciw osobom wierzący czy heterykom. Jak pisałam wyżej, tolerancja musi iść w obie strony. A. w ferworze bronienia między innymi mnie przeciw dyskryminacji zaczęła dyskryminować inną grupę, a na to przyzwolenia nie daję i takiej obrony sobie nie życzę. Świetnie podsumował to Ryuuga w swoim komentarzu na Mirriel. „Mam wrażenie, że ludzie będą mnie postrzegali – dzięki kochanej Moderacji – jako jakąś świętą krowę, której wolno więcej, bo jest LGBT (i to podwójnie!)”, napisał między innymi. I pod tym – jak pod całym komentarzem – mogę podpisać się wszystkimi czterema kończynami.

Tak więc, podsumowując, mimo że w pewnym stopniu zgadzam się z A., że owszem, na forum pojawiały się czasem komentarze, które powinny być wycinane, i że to ważne, aby przeciwdziałać wszelkim przejawom dyskryminacji – jeśli mam się już koniecznie opowiadać po którejś ze stron, to zdecydowanie po stronie Umiarkowanych. Sposób i ton wypowiedzi A., jej rażąca hipokryzja oraz to, jak potraktowano trzy Umiarkowane moderatorki zniesmaczyły mnie i zraziły. I tak, ja też chyba ostatecznie poszukam sobie nowego miejsca. Sentymentalnie mi szkoda, ale z drugiej strony forum tworzą ludzie, a ci, do których mi najbliżej – chociaż wcale niekoniecznie ideologicznie! – odchodzą na nowe podwórko, a więc ja podreptam za nimi.

04/15/12

More tiger, less kitten.

Zdałam sobie ostatnio sprawę, że w sumie brakuje mi platformy, gdzie bym mogła powywnętrzniać się trochę – po polsku. Zgoda, pisanie w lengłydżu przychodzi mi z niejaką swobodą (aczkolwiek nie bezbłędnie, co to, to nie), ale jednak jest wiele spraw i rzeczy, o których pisanie na blogu angielskim większego sensu nie ma. Albo mi się zwyczajnie nie chce.

No i ostatnio tyle tego lengłydża używam, że należało by się zaangażować w coś w moim ojczystym. Miałam kiedyś już wordpressa po polsku, ale jakoś takoś nie bardzo mi się go chciało prowadzić, skoro miałam i angielskiego. A jeszcze wcześniej był livejournal. I mylog. I blog.pl. I jeszcze po drodze parę innych.

Zawsze byłam słowną ekshibicjonistką.

Oczywiście bloga w lengłydzu dalej zamierzam prowadzić w takim samym stopniu, jak dotąd, czyli w niewielkim, ale jednak trochę tak. Mam nadzieję, że fakt, że Arkadia powstała na moim własnym serwerze i poniekąd ma stanowić moją stronę osobistą, w jakimś stopniu będzie mnie kopało w motywację. Żeby jednak od czasu do czasu coś napisać, może nawet częściej niż rzadziej. Nie żebym się spodziewała, że ktoś te moje wypociny będzie czytać. A jeśli tak, będę przynajmniej mile zaskoczona.

Mam w każdym razie jedną zasadę, której chciałabym się tu trzymać: szczerość. Mam tendencję do zaciskania zębów i zmilczania różnych rzeczy, i mówienia tylko o tym, co dobre i fajne, a jeśli niedobre, to niedobre dla mnie lub we mnie. A czasem aż mnie język swędzi, żeby nagadać temu światu, skomentować te przemilczywane rzeczy w dokładnie takich słowach, w jakich o nich myślę.

Może z mniejszą ilością łaciny podwórkowej.

Postaram się więc pisać szczerze i od siebie, niech będzie, że to blog terapeutyczny, jeśli tak ma być. Stąd właśnie tytuł notki, sam w sobie zresztą cytat (temu, kto zgadnie skąd, stawiam piwo). More tiger, less kitten. To znaczy więcej szczerości, nawet jeśli ma być brutalna, mniej owijania w bawełnę i zmilczania nieprzyjemności. Terapeutycznie czy edukacyjnie, jeśli moje zdrowie psychiczne na tym dobrze wyjdzie, to już będzie sukces, a jeśli może przy okazji do kogoś trafię po drodze, to już w ogóle cód, miód i orzeszki. Albo ultramaryna, jak mawia mój ojciec.

A dla ciekawych, skąd się wzięła nazwa Arkadia – dawno, dawno temu na swoim serwerze założyłam byłam forum, które jednakowoż długo nie przetrwało. Forum zwało się właśnie Arkadia. Serwer i adres zostały, więc teraz wykorzystuję, a nazwa całkiem pasuje, mówiąc najogólniej. Taka moja mała mityczna Arkadia, kraina szczęśliwości, gdzie będę mogła odetchnąć i wygadać się, żeby z nową energią wejść z powrotem w życie. Ot tak.